Dzis od prawie od samego rana pada deszcz. Przed wyjazdem do pracy zajrzalam do ogrodu. Na tyczce w warzywniku siedzial maly drozd - jeszcze calkiem ptasie dziecko, nie do konca opierzony. Siedzial i patrzyl zamarwszy w bezruchu. Bardzo sie zmartwilam, bo taki maluch, ktory najwyrazniej jeszcze nieszczegolnie radzi sobie z lataniem, pewnie bedzie latwym kaskiem dla moich kotow. Zlapac sie nie dal, skoczyl w fasole i tyle. Trzeba bylo pedzic do pracy.
Po powrocie z wielkim niepokojem oworzylam dzwi i od razu zajrzalam pod stol, gdzie tradycyjnie Stig i Moss zosatawiaja swoje zdobycze. Nic - nie ma drozda! Odetchnelam. Caly dzien lalo, wiec koty pewnie na dwor noskow nie wychylily. No i rzeczywiscie, kiedy poszlam przelewac wode z jednej beczki do drugiej, nagle uswiadomilam sobie, ze jestem czujnie obserwowana. Drozd. Siedzi, patrzy i ani drgnie! Pozniej zauwazylismy, ze przylecieli rodzice z dziobkami pelnymi dzdzownic. No i co tu zrobic? Jesli go zlapie i przeniose na trawnik przed domem skad moze udalo by sie mu odleciec, splosze rodzicow i jeszcze go odrzuca, bo bedzie mna smierdzial. jak go zostawie, to na pastwe kotow. Co robic. Zostawilam na razie, zobacze co bedzie rano...
Powodzenia maly drozdziku!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz